Butterfly w blasku fleszy

Kolejny spektakl. Kolejne kilka godzin „wyjętych z życia”. I  kolejny raz, widz wychodząc z sali po skończonym spektaklu, nie może się pozbierać. O co w tym wszystkim chodzi? Co takiego jest w tej konkretnej operze, że zostawia po sobie taki ślad? A może wręcz przeciwnie- to tylko strata czasu? Bo przecież jest tyle innych propozycji na spędzenie ostatniego weekendu karnawału…

Emocje. Dużo emocji… A mowa o jednej z najsłynniejszych oper Giacomo Puccieniego. „Madama Butterfly” wróciła na deski szczecińskiej opery. Tym razem już do starej- nowej siedziby opery. Na Zamek. Dlaczego akurat teraz, w ostatni weekend karnawału, kiedy powinniśmy raczej się bawić, niż zagłębiać w dość ponurą historię pewnej młodej Gejszy? Dobre pytanie. Jedno jest pewne- niezależnie od czasu, obok tego dzieła Pucciniego nie da się przejść obojętnie.

Sala, jak to zwykle przy okazji wielkich dzieł znanych kompozytorów bywa, wypełniona do ostatniego miejsca. Na scenie, obok „swoich”, przyjezdni (aczkolwiek znani już szczecińskiej publiczności) Artyści, w orkiestronie- Muzycy pod batutą Vladimira Kiradjieva. Spektakl czas zacząć.

O czym jest „Butterfly”… Mówiąc w skrócie- to historia 15 letniej Gejszy (Anna Wiśniewska-Schoppa), która bierze ślub z „Panem z Ameryki”, Pinkertonem (Paweł Skałuba). Wierząc w to, że jest to „transakcja” wiążąca. Pinkerton jednak inaczej do tego podchodzi. To ślub według japońskiego zwyczaju- z prawem odstąpienia od niego w momencie, kiedy ukochany „zniknie” na miesiąc. Cio-Cio-San (owa Gejsza) czeka na powrót Pinkertona, w między czasie rodząc jego dziecko, wierząc, nieco naiwnie, w jego miłość. Mimo starań wszystkich naokoło-  Sharplessa (Tomasz Łuczak), Goro (Piotr Zgorzelski), Suzuki (Gosha Kowalinska)… Ona nadal czeka na „męża”. Ten- wraca, ale z inną żoną. Butterfly, z rozpaczy popełnia samobójstwo…

IS_DSCF3294-1107-900-700-80 (1)

Niby prosta historia, banalna. O miłości. Ale jest w niej coś więcej. Drugie dno. To jeden z najbardziej wyrazistych portretów psychologicznych postaci, jakie zostały stworzone w operze. Puccini ilustruje swoją muzyką przeżycia Butterfly. Dramaturgia dzieła zakrawa o ideał. Dodając do tego charyzmatycznych solistów, otrzymujemy jedną z najbardziej emocjonalnych inscenizacji. Jak było w tym przypadku?

Reżyseria szczecińskiej „Madame Butterfly” jest oryginalna (Pia Partum). Mnóstwo świateł, współczesności, scena pełna różowego piasku… Mało tu „japońskości” (wyłączając oryginalne kimona…). A jednak. Mamy tu obraz Ameryki. I zagubioną Gejszę, pragnącą stać się Amerykanką, starająca się porzucić swoje zwyczaje, tkwiąc nadal w japońskiej kulturze. Ta reżyseria wymaga wiele od odtwórczyni głównej roli. Wiśniewska- Schoppa odnalazła się w niej bardzo dobrze. Jej Cio-Cio-San była realistyczna, pełna emocji. W wyjątkowy sposób nadawała postaci jej dwojakiego charakteru. Z jednej strony- odważna, pełna pasji Amerykanka, z drugiej- krucha, delikatna, wycofana Japonka. Żona, wierna i oddana mężowi, ale też Matka, kochająca „na zabój” (niestety, w tym przypadku dosłownie…) swoje dziecko, chcąca dla niego jak najlepiej. Wiele kobiet w jednej postaci. Schoppa potrafiła to przekazać. Butterfly jest też wymagająca wokalnie. Tutaj było nieco słabiej. Problemem było dość wolne tempo, jakie narzucała solistka. Zastanawiającym wydał się również fakt braku owacji po koronnej arii „un bel di vedremo”… Głos sopranistki brzmiał silnie i ciekawie w średnich rejestrach. Również frazowanie robiło wrażenie. Kilka ciekawych gór, połączonych z wyważonym vibrato dopełniło całości. Moment, w którym Butterfly śpiewa do swojego synka, był najładniejszym wykonaniem Shoppy tego wieczoru. W tym momencie na scenie istniała Cio-Cio-San. Z całą paletą emocji.

IS_wlodDSCF3801-1140-900-700-80

Skoro o emocjach mowa, trzeba tu przywołać postać Pinkertona, kreowaną przez Skałubę. Na chwilę obecną, najlepszego w tej roli. Bardziej Amerykańskiego Pinkertona nie można by stworzyć. Dodając do tego pełne, słoneczne, „włoskie” brzmienie polskiego tenora, otrzymujemy interesującą mieszankę. Skałuba świetnie kontrolował dźwięk, zwracając uwagę nie tylko na ekspresję danego fragmentu, ale także na dynamikę dzieła. Jego piana brzmiały ciepło i delikatnie. W momentach forte, głos nabierał blasku, był lekki, wyrazisty i mocny. Ostatnie wołanie „Butterfly!”, pełne pasji, kiedy Pinkerton rozumie co zrobił, wywołało absolutną ciszę wśród publiczności. Czuło się to napięcie. Po którym nastąpiły nieśmiałe, z początku, gromkie owacje.

Na uwagę zasługiwały również postaci kreowane przez szczecińskich solistów. Sharpless w wykonaniu Tomasza Łuczaka, brzmiał przekonująco. Słychać było, że baryton dobrze czuje się w tej roli. Średnie tony były zaśpiewane pewnie, swobodnie, z dużym zaangażowaniem. Podobnie jak w przypadku Goro, kreowanego przez Piotra Zgorzelskiego. Tutaj, melomani mogli usłyszeć mocne tenorowe brzmienie i, jak zwykle w przypadku tego solisty bywa, zobaczyć ekspresyjną, dobrze wykreowaną postać. Całości dopełniała Suzuki w wykonaniu Goshy Kowalinskiej. Wyraziste, silne góry, dobre tempo śpiewania i dość realistyczna aktorsko postać, przekonały zgromadzoną na sali publiczność.

IS_wlodDSCF3677-1139-900-700-80

Orkiestra, pod batutą Kiradjieva, grała z dużym zaangażowaniem. Dyrygent zwracał uwagę na dynamikę dzieła, wydobywając jego głębie i wyraziście intepretując idee kompozytora. Tym razem, zarówno sekcja smyczkowa, jak i okręt instrumentów dętych, grały na równi, utrzymując całość na dobrym poziomie. Można było usłyszeć wiele ciekawych zmian w dynamice, jak też piękne prowadzenie, tak charakterystycznej, melodii w końcówce drugiego aktu. Cieszy to, że dyrygent rozumiał muzykę Pucciniego i starał się ją pokazać melomanom.

Kolejna (więcej o poprzedniej inscenizacji- tu) „Madama” przeszła do historii. Pamiętając premierowy spektakl, to wykonanie było wolniejsze, nieco cięższe. Tym razem największe owacje przypadły, praktycznie na równi- Pinkertonowi, Butterfly i Maestro Kiradjievowi. Publiczność bardzo doceniła pracę orkiestry. Mimo to, oklaski nie były aż tak wyraziste, jak przy okazji innych spektakli proponowanych przez Operę na Zamku. Może to właśnie przez to jaką operą jest „Butterfly” Przez to, jak silnie Puccini działa na widza, pozostawiając go pełnego emocji, nieraz sprzecznych. Tym razem również tak było. Bo obok tej opery, nie da się przejść obojętnie.

fot.:W. Piątek, Opera na Zamku

O autorze

avatar

Katarzyna

Moją największą pasją są ludzie i muzyka. Interesuje mnie opera i świat sopranów, koloratur, mezzo i altów. Ciągle na nowo odkrywam uroki szczecińskiej Opery na Zamku i poznaję nową Filharmonię. Ważni są dla mnie ludzie i ich problemy. Bardzo lubię słuchać, ale też i dzielić się wrażeniami, dyskutować, przybliżać innym moje pasje i poznawać ich punkt widzenia. Szczecin jest moim miastem. Mimo wielu wad ma też swoje zalety. Może nie jest ośrodkiem kulturalnym na mapie Polski (jeszcze), ale się stara. Potrafi mnie zaskakiwać i uczy cierpliwości. Chciałabym pokazać Wam jego (być może) mniej znaną- muzyczną stronę:)