Silenzio, silenzio…!* Maskaradę czas zacząć!

Miało być pięknie… Miało być kolorowo… Z rozmachem, z wielką muzyką. Zapowiedzi premiery „Balu Maskowego”, który miał otworzyć odnowioną zamkową siedzibę szczecińskiej Opery na Zamku obiecywały niezapomniane przedstawienie, z najlepszą, świetnie dobraną, obsadą i równie intrygującą reżyserią. Właśnie – obiecywały… A jak było naprawdę…?

Chyba nie ma słowa, które nie znalazło by pokrycia w spektaklu. Było i pięknie i kolorowo i intrygująco i… z rozmachem!
Jak otwierać Teatr to tak, żeby potem o tym mówili. I mówią. Po pierwsze – akustyka. Nowa siedziba opery jest wręcz idealna akustycznie. Dźwięk rozchodzi się po całej sali, w każdym jej punkcie brzmi tak samo wyraźnie i spektakularnie. Orkiestra współgra ze śpiewakami. Nie tak, jak to często w operach bywa – jest dla nich tylko tłem czy zagłusza ich głosy. Tutaj mamy do czynienia z równowagą. Głosy brzmią silnie, nośnie. Nawet piano pianissimo jest idealnie słyszalne (o sile ff nawet nie wspominając!). Ponadto – nie wymaga to dodatkowego nagłośnienia! Sala sama swoją akustyką jest „nagłośnieniem” dla solistów. Wrażenia muzyczne są niesamowite.

Nieprzypadkowo opera otworzyła odnowioną siedzibę (choć w tym przypadku bardziej pasuje słowo „generalny remont”, niż odnowienie) spektaklem wyjątkowym. Nieczęsto granym na polskich (i nie tylko) scenach operowych- „Balem Maskowym” Giuseppe Verdiego. A dlaczego nieprzypadkowo? Bo w jednej z wersji libretta, głównym bohaterem był nie kto inny, jak Książę szczecińskiego Zamku, którego apartamenty mieściły się w skrzydle południowym (obecnym miejscu Opery na Zamku). Przypadek? Reżyserii spektaklu podjął się Waldemar Zawodziński, kierownictwo muzyczne przypadło Vladimirowi Kiradjievowi, ruch sceniczny – Janina Niesobska, kostiumy – Maria Balcerek.

Gasną światła… Zaczyna się spektakl…
Od pierwszych dźwięków słychać walory sali. Uwertura wypełnia nie tylko przestrzeń, ale wręcz wpływa do uszu melomanów. Kurtyna idzie w górę… Na scenie – król (Tomasz Kuk) i jego świta. Wszystko utrzymane w tonach szarości. Jedynie szaty Gustava, jaskrawością nawiązują do ważności postaci. Kuk śpiewa z dużą pasją, dodaje do tego wyrazistą grę aktorską, tworząc tym samym postać władcy, pewnego swojej pozycji i dumnego ze swojego dworu. Całości dopełnia chór, który brzmi naprawdę dobrze. Głosy są odpowiednio wyważone, tworzą spójną całość, nie rozjeżdżają się. Ponadto każda fraza jest akcentowana i zgrana z orkiestrą. A skoro o tej mowa – już w pierwszym akcie wyłania się maestria Kiradjieva. Orkiestra pod jego batutą brzmi świetnie. Melodia zdaje się płynąć, wznosi się, opada. To znów przyspiesza, narasta żeby za chwilę zwolnić i znów wrócić do lirycznego charakteru, który w kolejnej chwili zmienia się w wesoły motyw. Ten element komizmu wprowadza Oscar (Sylwia Krzysiek). Paź Króla. W tej wersji – nieco perwersyjnie w nim zakochany i oddany mu całkowicie. Aria z pierwszego aktu jest jakby rozgrzewką dla sopranistki, z każdym kolejnym aktem – jej głos brzmi pewniej. Za to aktorsko – widzimy szalonego i rozemocjonowanego Pazia z irokezem na głowie i ruchami naśladującymi koguta, biegającego po scenie i uganiającego się za królem. Pojawiający się również w tej scenie przyjaciel Króla – Hrabia Anckarstrom (Tomasz Łuczak) pokazuje się z nieco słabszej wokalnie strony, tworząc jednak stosunkowo wyrazistą postać. A skoro mowa o wyrazistości… Nagle znajdujemy się w jaskini (a właściwie to „slumsach”) Urlyki – wróżki. W tej roli – Małgorzata Walewska. Przepowiada ona Królowi śmierć z rąk przyjaciela – Hrabiego. Jest to poniekąd kluczowa postać całej opery. I nie lada wyzwanie dla mezzosopranu. Walewska znakomicie odnajduje się w powierzonej jej roli. Urlyka – przedstawicielka odrzuconych, schorowanych. Sama – niejako sparaliżowana od pasa w dół, wspierająca się na ramionach ludzi, mająca ogromne problemy z poruszaniem się. Zagrać to tak, żeby było realistycznym to wielka sztuka. Walewska aktorsko złamała wszelkie schematy, tworząc Urlykę, która wywołała wśród publiczności skrajne emocje – od lęku, przez wstręt, na smutku kończąc. Arie w wykonaniu śpiewaczki były ekspresyjne, pełne pasji. To wszystko stworzyło bardzo bliski i szczery obraz. Sceną, najbardziej grającą na emocjach była ta, kiedy to Gustaw (król) wyrywa Urlykę z krzesła (metafora wózka inwalidzkiego) i zaczyna z nią tańczyć, następnie rzucając ją na ziemię. Prawie bezwładna wróżka i silny i stanowczy Król. Bardzo mocny obraz. Świat biednych miesza się ze światem bogatych. Wydaje się, że ten drugi zwycięża. Ale nie – Urlyka się podnosi i wraca do swoich „obowiązków”. Przepowiadając Królowi śmierć. Na scenie wróżce towarzyszy również mała dziewczynka – otwierająca scenę przeraźliwym wrzaskiem. Jest pupilkiem, wsparciem Urlyki. Gra aktorska dziewczynki zwraca uwagę. Można pokusić się o stwierdzenie, że czeka ją aktorska przyszłość, bo grała, jak na swój wiek, niesamowicie. Reagując na każdy ruch Walewskiej i dodając jeszcze coś od siebie. Za chwilę pojawia się również Amelia – Joanna Tylkowska-Drożdż (żona Hrabiego, nieszczęśliwie zakochana w jego przyjacielu – Gustawie). Urlyka każe jej szukać ziela, które pozwoli się jej odkochać. Słyszymy piękny duet, pełen pasji i imponujących wokali obu śpiewaczek.

Akt II. Na scenie – Amelia, szukająca ziela. Aria „ecco l’orrido campo”. Wszystko to w scenerii niczym z baśni – statek, tańczące (I szeleszczące pelerynami, co niewątpliwie dodało spektaklowi jeszcze więcej wyrazu scenicznego i było ciekawym posunięciem reżysera) nimfy i Amelia. Przechodząca przez skrajne emocje. Przerażenie przechodzi w niepewność, która kończy się nadzieją i smutkiem. Tylkowska oddaje te emocje. Jej sopran, mimo swojego liryzmu (idealnego do fragmentów pełnych smutku, miłości i nostalgii) brzmi pełną dramaturgią w przypadku najwyższych i najsilniejszych dźwięków. Tym sposobem na scenie widzimy Verdiowską Amelię. Dołącza do niej Gustaw, wyznając jej miłość. Słyszymy piękny miłosny duet w wykonaniu Tylkowskiej i Kuka. Głosy współgrają ze sobą. Silny Król i delikatna Amelia. Melodia płynie dalej, stopniowo narastając, prowadząc nas do momentu, kiedy to pojawia się Hrabia. Słynne trio z II aktu brzmi z pełną dramaturgią. Głosy tenora i barytona i wybijający się swoją dramaturgią sopran. Ciekawe zestawienie głosów powoduje, że widzowie nagradzają kolejna porcją owacji kolejne wykonanie. Pojawia się chór, komentujący całe zajście. I znów – wszystkie głosy zgrane, wielki finał aktu II, w którym słyszymy wszystkich obecnych na scenie.

Przerwa. Akt III. Tłumacząca się Amelia, bezwzględny, wściekły ale jednocześnie pożądający jej Hrabia. I, uważana przez wielu za najpiękniejszą – aria Amelii. „Morrò, ma prima in grazia”. Długie frazy, z początku delikatne, przechodzące w dramatyczne dźwięki sopranu… Do tego orkiestra, cały czas budująca napięcie. I lament Amelii. Błaganie matki, która ostatni raz chcę zobaczyć przed śmiercią swojego syna. To kolejny, po scenie z Urlyką, silnie oddziałujący fragment spektaklu. W wykonaniu Tylkowskiej brzmiał delikatnie, ale jednocześnie mocno i szczerze. W między czasie zmieniają się również stroje – stają się nieco żywsze, nabierają barw. Słynne hrabiowskie trio – trzeba przyznać, że Tomaszewski wyróżniał się na tle pozostałych głosów. Mimo to – brzmiało ciekawie. I scena balu. Tutaj – ferwor barw. Psychodeliczne kolory, mnóstwo masek i świetna (choć krótka) partia baletu. Końcowe crescendo przyprawiało o dreszcze (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Chór przewodził, soliści wtórowali. Końcowe „Notte d’orror” (noc horroru), milknie orkiestra, gasną światła. Przepowiednia Urlyki spełniona. I niekończące się owacje na stojąco.

12243303_980578732000623_6473748374233994134_n

Spektakl był niezwykle widowiskowy. Tu nic nie było przypadkowego. Począwszy od strojów, przez scenografię, obsadę, ruch sceniczny. Wszystko do siebie pasowało i przedstawiło ciekawą wizję reżysera. Mimo żywych kolorów, dość oryginalnych kostiumów – udało się stworzyć Bal w jego „klasycznej” odsłonie, bez zbędnych udziwnień. Muzyka Verdiego dopełniła reszty.
Warto wspomnieć również o drugiej obsadzie (Gustaw – Kostecki, Amelia – Wiśniewska-Schoppa, Hrabia – Songan, Urlyka – Kowalińska, Oskar – Handzlik). Stworzyła ona nieco inny spektakl. Amelia w wykonaniu Wiśniewskiej była dość wyrazista, choć jej wszechobecne vibrato, na dłuższą metę męczyło słuchacza, zabrakło liryzmu, delikatności. Mówiąc o Gustavie- Kuk stworzył silniejszą postać, jego głos brzmiał silnie i szeroko, do tego dynamiczna gra aktorska. Oskar Handzlik był silniejszy wokalnie, ale inny właśnie aktorsko. Bardziej „ugrzeczniony”. Bal w wykonaniu drugiej obsady był bardziej stonowany (aktorsko) i głośniejszy (wokalnie). Ale, mimo wszystko, mieliśmy tu do czynienia ze spektaklem na wysokim poziomie. Godnym nowej-starej siedziby na zamku. A to dopiero początek zamkowej „przygody”. Oby więcej takich produkcji!

*Słowa wypowiadane przez Urlykę, aria „re dell abisso afrettati”.

użyte zdjęcia: fot. W. Piątek

O autorze

avatar

Katarzyna

Moją największą pasją są ludzie i muzyka. Interesuje mnie opera i świat sopranów, koloratur, mezzo i altów. Ciągle na nowo odkrywam uroki szczecińskiej Opery na Zamku i poznaję nową Filharmonię. Ważni są dla mnie ludzie i ich problemy. Bardzo lubię słuchać, ale też i dzielić się wrażeniami, dyskutować, przybliżać innym moje pasje i poznawać ich punkt widzenia. Szczecin jest moim miastem. Mimo wielu wad ma też swoje zalety. Może nie jest ośrodkiem kulturalnym na mapie Polski (jeszcze), ale się stara. Potrafi mnie zaskakiwać i uczy cierpliwości. Chciałabym pokazać Wam jego (być może) mniej znaną- muzyczną stronę:)