Rowerem do Schwedt, jego największa atrakcja i wieczorny Szczecin
Tekst w samym założeniu traktować miał o rowerowej podróży. Jest trochę na temat samej trasy, motoryzacji, trochę różnic kulturowych i oczywiście architektury. Jednak po jego napisaniu nie poczułem się jak Andrzej Bobkowski, który z perspektywy roweru napisał „Szkice Piórkiem” – dzieło uznawane za największe w polskiej literaturze XX wieku. Poczułem się raczej jak Zygmunt Hajzer…
Ruszyliśmy jeszcze chwilę przed godziną 8. Jasne Błonia o poranku – magia!
Przejazd najokazalszą aleją platanów w Europie.
Dalej pojechaliśmy przez Przecław w kierunku Kołbaskowa. Po drodze widać prace związane z budową ścieżki rowerowej na tej trasie. Mimo że, obecnie jezdnia posiada szerokie, asfaltowane pobocze to jedzie się niekomfortowo, bo ruch dość spory i wyprzedzają nas pojazdy o większych gabarytach. W drodze na Rosówek mijamy tor motocrossowy.
Tak pomyśleliśmy, że jest sobota, 9 rano, a ktoś zamiast wylegiwać się, jest już na torze. Ale zaraz… przecież jest sobota, 9 rano, a My już na rowerze. Eh fajnie jest mieć w życiu jakąś pasję.
Zapowiedzią bliskości dawnego NRD, było dla nas przepiękne dzieło ichniejszej motoryzacji – samochód ciężarowy marki IFA. I to prawdopodobnie w wersji 4×4.
Mijamy symboliczną granicę i dalej w kierunku Neurochlitz. Tam w drugą w lewo i już jesteśmy na ścieżce rowerowej, która za rękę prowadzi nas do samego Schwedt.
Olbrzymia dynia, lampa z niej oświetliłaby na Halleowen całą wioskę.
Ścieżka wiedzie głównie wzdłuż Odry, często po wale przeciwpowodziowym. Czasami zjeżdża do lasu, a jeśli zjeżdża to uważajcie na tą postać:
Choć to oksymoron, trzeba przyznać, że sympatyczny to wandalizm. Oczywiście nie pochwalamy, jednak ktoś kto wychowywał się w Polsce w latach osiemdziesiątych, ten pewnie wspomni na ten widok „Przyjaciół Wesołego Diabła”.
Dla niewtajemniczonych to serial o przygodach Janka, któremu towarzyszy na pierwszy rzut oka straszny, ale dobrotliwy i całkiem sympatyczny diabeł. Czyli coś jak te nasze wypady rowerowe, ja to oczywiście to ten brzydal, czasami pożyteczny. Dodam tylko, że oglądając serial po raz pierwszy miałem zaledwie kilka lat i wystraszył mnie śmiertelnie. Ale do dziś pamiętam jeden z tekstów Piszczałki – bo tak nazywał się duch:
„Ja kudłaty durnowaty reperuje stare graty”
Tak powiedział diabeł po naprawie UAZ-a. To taki Jeep w wydaniu ZSRR.
Jest taki piękny fragment ścieżki rowerowej, gdzie po jednej jej stronie rosną drzewa liściaste, a po drugiej iglaste. Pięknie udało mi się to NIE uchwycić na zdjęciu:
Zmutowane maszyny ośmiornice.
Bliskość Schwedt oznajmia nam „wielka fabryka” papieru.
Nie dość, że stosuje ona przyjazną dla środowiska technologię, która w maksymalnym stopniu oszczędza wodę, to widać jeszcze, że nastawiona jest na odzyskiwanie już zużytego materiału.
Po chwili jesteśmy już na przedmieściach. Tutaj rzuca się w oczy jedna różnica, w stosunku do tego co u nas. Sąsiedzi na siłę nie ogradzają się od siebie betonowymi płotami. Jeśli płot już jest, to stanowi raczej element estetyczny niż praktyczny.
Fajnie, że nawet zmiana trasy rowerowej na choćby dwudziestometrowym odcinku, od razu zostaje oznakowana.
No i jesteśmy na miejscu. Panowie, Panie oto przed Wami największa atrakcja Schwedt:
Dobra, niby śmiechy, ale zwiedzając miasto nie widziałem żadnego Polaka. Tymczasem w Realu „dostałem Zonka”, gdy zobaczyłem pewnego rodaka. Jakiś „Janusz” zaczepił Pana wykładającego towar i bez słowa uprzejmości (choćby po Polsku), bez cienia uśmiechu na twarzy, zwraca się do niego: „Chemia! Gdzie jest chemia!?” I tak ze trzy razy, a za każdym razem głośniej. Jakby miało to sprawić, że język polski będzie dzięki temu bardziej zrozumiały. Potem pokazał, że była to tylko próbka jego wokalnych możliwości, krzycząc przez cały sklep „Halina! zostaw to! Chodź tu!” Troszkę to smutne…
No nic to, My też postanowiliśmy zbadać legendarną jakość niemieckich detergentów.
Bo jakby powiedział redaktor Markiewicz, myli się ten kto uważa, że polski Persil pierze tak samo dobrze jak niemiecki Das Persil.
Szybko powracamy do tej romantycznej części Schwedt.
Z malunku na budynku teatru spogląda na nas Julia. Zaś obiekt ten w całej okazałości prezentuje się tak:
W miejscu tym znajduje się również informacja turystyczna. Tutaj dostajemy mapkę w języku polskim.
Złośliwi Niemcy nie oznaczyli na niej działu z chemią w Realu.
Mieszkańcy Schwedy jacyś tacy „uskrzydleni”.
W pobliskim parku znajdujemy rzeźby przedstawiające afrykańskie postaci.
Jedna z nich, zastygła w pozie, która zdaje się mówić „nie, nie chcę , nie rób mi zdjęcia!”.
Tym co najbardziej ujęło mnie w tej wycieczce, jest ten oto blok.
Ale widziany z tej perspektywy:
To zdjęcie celem wyjaśnienia mojego zachwytu:
Malowidło na ścianie daje niesamowity efekt, koniecznie sprawdźcie.
Poniżej budynek dawnej fabryki mydła:
Nieco kosmiczny krucyfiks – ciekawe jakie emocje wzbudził wśród lokalnej społeczności?
W centrum znajduje się Gasthaus:
Jego ceny skutecznie nas odstraszyły:
Nieco dalej, w kierunku Odry znajduje się kościół Ewangelicki pw. Św. Katarzyny.
To najstarszy kościół w mieście, jednak wieża widoczna na zdjęciu to element neogotycki. Tłumacząc na ludzki – coś co udaje gotyk, a nim nie jest, bo zostało zbudowane w latach 1887-1889, w zupełnie innej już technologi, a do gotyku nawiązuje tylko wizualnie. Wieża początkowo miała bogato zdobiony hełm. Niestety, w trakcie II wojny światowej uległ on zniszczeniu i nie odbudowaniu go, tłumacząc to jako przestrogę przed wojną. Trzeba przyznać, że ktoś tu dobrze wybrnął z wydawania sporej sumy pieniędzy.
Części murów kamiennych dawnego kościoła można bez problemu odnaleźć, wśród ciekawie zaaranżowanej zieleni.
To zdjęcie przedstawia ciekawy patent na uciszenie tych śmieszków, co to aleję kwiatową z dumą nazywają skrzynkową i myślą, że są w tym tacy fajni, kreatywni i śmieszni. Szacun dla tych, którzy stoją po drugiej stronie i dokładają starań by miejsce to odczarować, przybliżyć ludziom.
Poniżej mykwa (żydowska łaźnia) zwieńczona widoczną na zdjęciu kopułą. Nasza mapka tłumaczy, że to najciekawsze świadectwo kultury jakie zachowało się w Brandenburgii. Ani słowa o tym, dlaczego świadectw tej kultury zachowało się niewiele.
Na niemieckich ulicach widać wyraźnie trwający wyścig o stołki, stołeczki. Jednak trzeba zauważyć, że wybory cechuje szacunek dla estetyki miasta.
Powyżej skromny plakat kandydata, w oknie siedziby lokalnego CDU. U nas jak wyglądało to ostatnio, chyba każdy pamięta. Mimo bliskości fabryki papieru, nie widać tu wielkich bilbordów, ekstremalnie zaklejonych plakatami ulic. Kto wie? Może tamtejsi wyborcy nie tego oczekują od osób, na które chcą oddać swój głos.
Ale i tutaj zdarzają się nietrafione architektonicznie pomysły:
Schwedt chwali się tym, że tutejsza najstarsza oczyszczalnia ścieków, jest jedną z najbardziej niezwykłych w całej Brandenburgii. Poniżej, na zdjęciu wieża Juliusa powstała w 1908 roku, stanowiła element systemu kanalizacji miejskiej, a powstała na bazie architektury dawnej cytadeli miejskiej.
Lokalna (ciekawa) interpretacja Neptuna, most w kierunku Krajnika Dolnego. No i platan klonolistny, któremu brakuje jakiś 80 lat, by osiągnąć tą jakość ze zdjęcia numer trzy.
Fajny sposób na kompromis między betonem, zielenią i użytecznością.
Tak wygląda już ścieżka rowerowa poprowadzona wałem przeciwpowodziowym.
Energia atomowa w Gartz, chyba nie cieszy się zbyt dużą popularnością.
Widzisz jakiś przestępców? Nie, a Ty?
W Mescherein docieramy do wieży widokowej, zbudowanej w ramach Programu Współpracy Regionalnej.
Widok z niej był tak niesamowity, że nasz niemiecki pasażer na gapę zażyczył sobie zdjęcie.
Fajny efekt daje schodzenie po jej schodkach. Nie wiem czy to dobre określenie, ale ażurowe? schody, dają niesamowite wrażenie stawiania samobójczego kroku.
Powrót postanowiliśmy uskutecznić „Szlakiem Bielika” zaczynając od Pargowa. W miejscowości tej czekają na Was tajemnicze ruiny kościoła.
Zawsze w takich miejscach podziwiam precyzję wykonania, w stosunku do ówczesnych możliwości, narzędzi. Portal kościoła w Pargowie stanowi idealny przykład:
Szlak Bielika wiedzie głównie po polnych i leśnych drogach. Jest pięknie prawda?
Niestety, mogłoby być pięknie…
Całe szczęście są też tacy (to nie żart), którzy dbają o przestrzeń wokół siebie.
I jeszcze odrobina motoryzacyjnych akcentów, w blasku zachodzącego słońca.
W Moczyłach trafiamy na imprezę „Dolina Dolnej Odry – Poezja Śpiewana”. Gwiazdą była Wolna Grupa Bukowina. Dla nas gwiazdą była „Pani Wiosna”, która zawitała tu mimo zbliżającej się jesieni.
Dalej dwupasmówką do Siadła Dolnego i Ustowa.
W Szczecinie jechaliśmy przez Pomorzany. Ten objazd często użytkowany jest przez tych, którzy przyjeżdżają do Polski. Umówmy się – nie stanowi najlepszej wizytówki. Jednak jadąc tą droga pomyślałem, że trafiamy na super kierowców. Długo nie trzeba było czekać na zimnego łokcia z Forda Escorta, z e-papierosem w dłoni. Strąbił ostentacyjnie biedaków na rowerze.
Po kilku kilometrach zaczyna się ten Szczecin, który bardzo lubię. Na początek budynek gazowni.
Rzut okiem na Szczecińską Wenecję.
Na bulwarach trudno było się nie zatrzymać. Przed dojazdem na Warszewo czekał nas morderczy podjazd na ulicy Duńskiej – warto było się posilić.
Z bulwarów udaliśmy się jeszcze na mój absolutny numer jeden w Szczecinie – odnowiony Plac Solidarności.
To rewelacyjny przykład oddania przestrzeni miasta ludziom, bo to oni je tworzą. Nie sztywne uroczystości, nie ważne persony, a każdy z nas. Warto wspiąć się na najwyższy punkt Centrum Dialogu Przełomy, by dostrzec stamtąd to co najcenniejsze.
Katedrę, Bramę Królewską, Zamek Książąt Pomorskich czy Kościół Świętego Piotra i Pawła. Dla mnie to prawdziwe centrum miasta jest.
No i mistrzowski budynek Filharmonii Szczecińskiej.
Poniżej to, jak wyobrażam sobie jeden dzień życia osób, które obiekt ten konsekwentnie nazywają garażem z blachy falistej.
Na deser szpinak, tzn. Szpinakowy Pałac.
A tak naszą podróż rysuje Endomondo.
Marco
2 października 2014 - 11:39 -
Świetna trasa tuż „pod nosem”. Co ważne – trasa dla każdego, na każdym poziomie zaawansowania :)